poniedziałek, 23 lipca 2018

"Falcó"
Arturo Perez - Reverte

Wydawnictwo Znak
2018



                                                        








   Mi nombre es Falcó, Lorenzo Falcó.
 
  Znacie Jamesa Bonda? Oczywiście, wszyscy kojarzą najsłynniejszego agenta brytyjskiego wywiadu. Falcó to właśnie taki hiszpański Bond, z tą różnicą, że żaden z niego wielki patriota, działa głównie we własnym interesie, gdy mu się to opłaca. Gdzież on nie był? Z kim nie współpracował? Niejednego na tamten świat wyprawił. Ciemnych, brudnych spraw na koncie ma bez liku. Handel bronią, podejrzane powiązania, Meksykanie, Rosjanie, IRA, służby różnych krajów. Jedno wiadomo na pewno, mamy do czynienia z niebezpiecznym typem, choć o miłej, wzbudzającej zaufanie powierzchowności. Włada kilkoma językami, lubi drogie ubrania i angielskie papierosy. Jak na agenta przystało, ma ulubionego drinka o wdzięcznej nazwie hupa-hupa, a kobiety - rzecz jasna, same wchodzą mu do łóżka.

  Arturo Perez - Reverte, w prawdziwe wydarzenia historyczne wplótł barwną, przygodową opowieść, podszytą humorem, podaną z przymrużeniem oka. Lata trzydzieste, w Hiszpanii toczy się wojna domowa, a w tym kotle zdarzeń i rewolucyjnym szaleństwie, Falcó realizuje zadanie zlecone przez swoich mocodawców. Nieustraszony, przebiegły, bezwzględny i skuteczny, zawsze spadający na przysłowiowe „cztery łapy“. Choć podobno w przypadku kotów, to nie do końca prawda, jeśli o niego idzie - jak najbardziej.

  „Życie traktował jako fascynujące terytorium - strefę polowań na grubego zwierza, do którego dostęp był zarezerwowany dla nielicznych śmiałków gotowych ponieść ryzyko i zapłacić zań, kiedy przyjdzie pora, bez szemrania.[...] Takie życie wiązało się z natychmiastowymi nagrodami i być może straszliwymi karami, które czekały na swoją porę, ale te ostatnie były jeszcze zbyt daleko.“

  Książkę czyta się błyskawicznie i z uśmiechem. Szczególnie rozbawiły mnie męsko - damskie ekscesy bohatera i jego samouwielbienie. Przemyślenia Lorenza w tych kwestiach przyprawiały mnie o rechot, prawdziwy z niego macho. Podoba mi się dystans i ironia, którymi posługuje się Perez. Autor używa obrazowego, potoczystego języka, akcja jest płynna i wciągająca, a bohaterowie wyraziści. W skrócie - dobra rozrywka, lekka, przyjemna lektura, do połknięcia w parę godzin, choćby w podróży lub w długi, deszczowy wieczór.



wtorek, 3 lipca 2018

"Ta dziewczyna" 
Michelle Frances
Wydawnictwo Albatros
2018











  Tytułowa dziewczyna - Cherry, to taki typ cwanej, przebiegłej osóbki, która nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego. Bez mrugnięcia okiem będzie kłamać, kręcić, intrygować i robić wiele innych rzeczy, by zrealizować swój plan na życie. Jednak tym razem, trafiła przysłowiowa „kosa na kamień“. Za przeciwniczkę ma Laurę, dojrzałą, zamożną producentkę filmową, odnoszącą sukcesy i bardzo zdeterminowaną. Tym bardziej, gdy gra toczy się o jej największą miłość i dumę - o syna. Panie nie szczędzą sobie ciosów poniżej pasa. Mężczyźni, także ten, którego dotyczy rywalizacja - Daniel, są w zasadzie wyłącznie dość bezbarwnym tłem dla damskich potyczek. Trudno powiedzieć, która jest gorsza, zaborcza, toksyczna matka, czy ogarnięte wizją swojej świetlanej przyszłości bezwzględne dziewczę? W każdym razie, toczą nieustającą psychologiczną wojnę, próbując wyrywać sobie chłopaka z rąk, jak nie przymierzając, jakiś przechodni puchar.

  Historia początkowo toczy się w dość niemrawym tempie, przemyśleniom i banalnym opisom nie ma końca. Jednak w nagrodę dla wytrwałych, którzy przebrną fazę monotonii, w pewnym momencie coś w końcu zaczyna się dziać. Akcja nieco przyspiesza, a intryga nabiera rumieńców, robi się ciekawiej, choć też bez fajerwerków, ale czyta się o wiele przyjemniej. Niemniej w miarę zgłębiania fabuły, trudno oprzeć się wrażeniu, że to bardziej powieść obyczajowa niż thriller, brakuje napięcia, pozostaje niedosyt. Jako wakacyjna, lekka lektura, książka na pewno się sprawdzi, natomiast dla czytelników oczekujących mocniejszych wrażeń, sugerujących się gatunkiem, może to być za mało.

  Mojego zachwytu powieść nie wzbudziła, ale mam wrażenie, że wielu miłośniczkom prozy obyczajowej, może przypaść do gustu. Jeżeli lubisz wspomniany typ literatury i chcesz się przekonać co się dzieje, gdy w drogę wejdą sobie dwie kobiety gotowe na wszystko, sięgnij po tę pozycję.


niedziela, 17 czerwca 2018

"Na skraju załamania"
B.A. Paris
Wydawnictwo Albatros
2018








  Strach ma wielkie oczy i destrukcyjną siłę, szarpie nerwy, rujnuje poczucie bezpieczeństwa, odbiera chęć do życia, paraliżuje. Potrafi zepchnąć człowieka na margines życia, a finalnie może doprowadzić na skraj załamania.


  Cass Anderson panicznie się boi. Jeden koszmarny wieczór, gdy w strugach deszczu, przy akompaniamencie burzowych grzmotów, jechała odludną, leśną drogą do domu, odmienił jej spokojne życie. Wszystko wywróciło się do góry nogami. Kobieta, którą widziała feralnej nocy w aucie na poboczu, nie żyje. Przyczyna zgonu, bynajmniej nie była naturalna - została brutalnie zamordowana. Cass trawi poczucie winy, że nie zdołała zapobiec tragedii. Równocześnie, budzi się w niej lęk, który potęguje seria niecodziennych zdarzeń i świadomość, że morderca pozostaje nieuchwytny. Regularne, uporczywe, głuche telefony, doprowadzają ją do szaleństwa. Do tego, zaczyna tracić kontrolę nad tym, co robi - po prostu zapomina. Nie pamięta tego, że umówiła się z przyjaciółmi, że kupiła kolejny gadżet do domu, że obiecała coś zrobić. Powoli popada w obłęd. Jest przekonana, że ma początki demencji, ale przede wszystkim, że ktoś chce ją skrzywdzić...


  Powieść „Na skraju załamania" przypadła mi do gustu bardziej niż poprzednia książka pisarki - „Za zamkniętymi drzwiami". Fabuła wydaje się ciekawsza, akcja, w moim odczuciu, rozkręca się w lepszym tempie. Trzeba przyznać, że Paris ma niezaprzeczalną umiejętność pisania w sposób wciągający i jakkolwiek historia jest przewidywalna - to u niej znak firmowy, książkę doskonale się czyta. Taka pisarska solidna robota - płynna narracja, intrygujące zwroty akcji, bez lania wody i zbędnych dygresji, wartki rytm i przyjemne stopniowanie napięcia. Przyznaję, że to jest dobre, ale gdyby kiedyś autorka zechciała mnie bardziej zaskoczyć, a najlepiej tak, żebym musiała zbierać szczękę z podłogi i dochodzić do siebie dłuższą chwilę, byłoby wprost cudownie. Czekam zatem, na jej dalsze dokonania.



niedziela, 10 czerwca 2018

"Życie w średniowiecznej wsi"
Frances Gies, Joseph Gies
Znak Horyzont
2018




  „Wsi spokojna, wsi wesoła...“
Znamy to wszyscy, ale jak faktycznie wyglądała egzystencja w średniowiecznej wiosce? Czy w istocie była sielankowa, czy może wręcz przeciwnie? Wiele jest na temat wzmianek, mnóstwo też funkcjonuje mitów. Warto się przekonać jak było naprawdę. Frances i Joseph Gies, autorzy publikacji dotyczących życia w średniowiecznym mieście oraz zamku, pokusili się także o zgłębienie ówczesnych realiów wiejskich. W swojej najnowszej publikacji prezentują obraz wyczerpujący i pełen zaskakujących detali. Za modelowy obiekt badań posłużyła angielska wieś - niegdyś zwana Aylington, obecnie Elton, położona w dystrykcie Huntingdon.

  W oparciu o szereg tekstów źródłowych, zapisów archiwalnych, akt sądów dworskich i kronik, dowiadujemy się jak powstawały osady, jak funkcjonowali ich mieszkańcy oraz o występujących między nimi zależnościach. Wiele miejsca poświęcono obyczajowości, obowiązującym prawom i zwykłej codzienności. Dziesięć naszpikowanych informacjami rozdziałów dostarcza szeregu zaskakujących doniesień, czasem strasznych, czasem śmiesznych. Przyznam, że szczególnie zainteresowały mnie wątki dotyczące małżeństwa i rodziny, zwłaszcza sytuacja kobiet w tym kontekście, wiejska sprawiedliwość oraz relacje chłopa i pana. Jest tam smaczków co niemiara. Na przykład okazuje się, że wobec przedślubnych relacji damsko - męskich społeczność wiejska, wbrew powszechnym wyobrażeniom, miała dość liberalne podejście, nie dochodziło do stygmatyzacji takich osób. W skrajnych przypadkach karane były one co najwyżej niewielką grzywną, natomiast przysięga małżeńska składana była niejednokrotnie nie w kościele, a „w lesie, tawernie, czy nawet w łożu“ - to były tzw. potajemne małżeństwa. Dla odmiany cudzołóstwo, jako że godziło w rodzinę, uznawane było za sprawę poważną i rozstrzygające w tych sprawach sądy kościelne orzekały wobec delikwenta karę chłosty. Frapująca była również kwestia higieny, kąpiele nie odbywały się zbyt często, bo wiązało się to z koniecznością przynoszenia i podgrzewania sporej ilości wody, za wannę służyła przeważnie beczka z usuniętym wiekiem, a członkowie rodziny korzystali z tej przyjemności jeden po drugim...

  Autorzy wykonali imponującą, wręcz benedyktyńską pracę zbierając i opracowując ogromny materiał, w dodatku podali go w formie wyjątkowo przystępnej. Całość spisana jest potoczystym, jasnym i zrozumiałym językiem, opatrzona słowniczkiem pojęć oraz ilustracjami, które dają pełniejszy ogląd poruszanych zagadnień. Treść jest na tyle atrakcyjna, że w mojej opinii może zainteresować nie tylko pasjonatów historii, czy konkretnie wieków średnich, ale też osoby zwyczajnie otwarte na wiedzę, ciekawe świata oraz źródeł i ewolucji rozmaitych procesów społecznych. Wobec takich publikacji jestem zdecydowanie na tak.


czwartek, 7 czerwca 2018

"Ortodroma"
Mateusz Janiszewski
Znak Literanova
2018







  „Tam piję piwo smakujące kurzem i dukam, z trudem usiłując wytłumaczyć podpitemu osiłkowi, kim jestem i dokąd zmierzam.
- Południe. Jacht. Antarktyka.
A on powtarza tylko  por qué, por qué, a mi kończą się słowa i nie potrafię wytłumaczyć po co.“

  Mateusz Janiszewski, lekarz, pisarz, wyrusza śladami podróżników sprzed ponad stu lat, kierunkiem jest Antarktyka. Podążając tropem poprzedników, wydeptuje własne ścieżki i pisze swoją historię. Mierzy się z  bezkresną przestrzenią, bezwzględną przyrodą, ale przede wszystkim z samym sobą, słabościami ciała i ducha, strachem, bólem, zwątpieniem, ograniczeniami ludzkiego organizmu. Balansując na granicy, uparcie brnie do przodu. Dążąc do celu wędrówki doświadcza całej gamy emocji i przemyśleń, którymi dzieli się z czytelnikiem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że istotą tej przeprawy jest nie tylko „koniec świata“, ale także, a może przede wszystkim, poszukiwanie harmonii, sensu i prawdy o sobie, o człowieku. Dogłębne i szczere, przenikliwe do szpiku kości, jak lodowaty wiatr, który niemal nieustannie w tej drodze mu towarzyszy.

  Autor snuje swoją relację językiem barwnym, bardzo plastycznym, opowiada obrazami, by oddać klimat odwiedzanych miejsc i nakreślić jak najbardziej pełny przekaz swoich przeżyć. Tego, co go otacza, co staje się jego udziałem i budzi refleksje. Czytelnik może się poczuć jakby był na miejscu, towarzyszył mu krok w krok, chłonął lokalny koloryt i dzielił te same doświadczenia. Tutaj każde słowo ma znaczenie, zaskakuje dbałość o szczegóły, bogactwo języka i zręczność z jaką Janiszewski formułuje myśli, ubierając je w misterne, wyszukane konstrukcje. Reportaż, bez wątpienia jest językową ucztą, a jednocześnie intrygującą opowieścią o potędze natury i człowieku. Lektura z rodzaju bardziej wymagających, warta uwagi i poświęcenia czasu, nie tylko dla pasjonatów wojaży i literatury faktu.

  Słowo wyjaśnienia, czym jest tytułowa „ortodroma“, to najkrótsza droga między dwoma punktami na powierzchni kuli biegnąca po jej powierzchni. W moim odczuciu to doskonała alegoria wędrówki, ale i życia, w końcu wszyscy podążamy z punktu A do punktu B - głodni przeżyć, igrający z losem i zachłanni - w kierunku osobistego końca świata...



sobota, 26 maja 2018

"Za zamkniętymi drzwiami"
B.A. Paris
Wydawnictwo Albatros
2017





  Podobno nie ma par idealnych, ale tu, mamy z taką do czynienia. Piękny dom, wszechobecny dostatek, dwoje atrakcyjnych, kochających się ludzi. Ona - oddana żona, perfekcyjna pani domu, która nawet bezy robi jak od linijki, on -  czarujący, kulturalny, opiekuńczy, prawnik odnoszący sukcesy. Wszystko tu jest jak z obrazka, bo w istocie to jest obrazek, misternie odmalowany, dopieszczony w każdym calu, po prostu mucha nie siada. Taka jest oficjalna wersja, ale jak to często bywa, nic nie jest takim, na jakie wygląda. Już na pierwszy rzut oka, cała sytuacja wzbudza nieufność i niepokój. I słusznie, bo im dalej brniemy przez karty książki, przyglądając się tej bezbrzeżnej sielance, tym bardziej przedstawiona rzeczywistość trzeszczy i zgrzyta, a atmosfera się zagęszcza. W pewnym momencie także czytelnik zaczyna zgrzytać zębami, bo bezmiar tego „szczęścia“ małżeńskiego szokuje, budzi zdecydowanie skrajne emocje. Szybko staje się jasne, że bajkowy wizerunek jest fasadą i grą pozorów.


  B.A Paris stworzyła powieść z dreszczykiem, którą śmiało można nazwać krótką historią o osaczaniu i zniewoleniu. Te dwa słowa precyzyjnie oddają sedno relacji Grace i Jacka. Autorka stopniowo zaznajamia nas z sytuacją bohaterów, odkrywa kolejne tajemnice, dozując napięcie. Przeplatają się tu relacje tego, co „teraz“ i co było „kiedyś“. Wielka miłość, szybki ślub, po czym sen pryska jak bańka mydlana. Wyśniony małżonek jest kimś zupełnie innym, a wymarzone życie koszmarnym więzieniem. Człowiek obdarzony bezgranicznym zaufaniem okazuje się psychopatą, który odtąd karmi się strachem i upokarzaniem swojej ofiary. W tym momencie historia nabiera rumieńców i rozkręca się na dobre...


  Fabuła jest momentami przewidywalna, lecz mimo wszystko wciąga, czyta się bardzo dobrze, wręcz błyskawicznie.
Autorka zręcznie żongluje wątkami, podsycając zainteresowanie, grając na emocjach i nie daje powodów do nudy. Ciekawie przedstawione są portrety postaci oraz ich wzajemne oddziaływanie, zależności, rozgrywki, nieustająca psychologiczna wojna. Co tak naprawdę wydarzyło się za tymi „zamkniętymi drzwiami“ i jak zakończyła się cała opowieść? Tego wszystkiego, oczywiście nie zdradzę. Aby dowiedzieć się, jak potoczyły się losy tej intrygującej pary, pozostaje Wam sięgnąć po książkę. Mimo, że odczuwam pewien niedosyt, powiedziałabym, że warto.




poniedziałek, 7 maja 2018

" NEUROEROTYKA. Rozmowy o seksie i nie tylko."
Jerzy Vetulani, Maria Mazurek
Znak Horyzont
2018











  O seksie, bez zbędnej pruderii, za to otwarcie, fachowo i z humorem. Okazuje się, że można opowiadać o intymnej sferze życia ciekawie i mądrze, nie oceniając, nie stygmatyzując, bez wulgaryzowania, ale i bez patosu, zwyczajnie i wprost. Profesor Jerzy Vetulani, neurobiolog i biochemik, a w zasadzie człowiek orkiestra, miał niewątpliwie opanowaną tę kwestię do perfekcji. Posiadł rzadką umiejętność, dzielenia się swoją ogromną wiedzą, w sposób łatwo przyswajalny i zrozumiały dla każdego. Raz jeszcze i niestety - po raz ostatni, dokonał tego w książce „Neuroerotyka - rozmowy o seksie i nie tylko“, napisanej we współpracy z dziennikarką Marią  Mazurek.

  Tak mógłby, a nawet powinien, wyglądać podręcznik do wychowania seksualnego, przynajmniej moim skromnym zdaniem. Nie mam wątpliwości, że zapis tej rozmowy jest bardzo cenną wskazówką, jak należy mówić o „tych sprawach" - prosto i bez ogródek, nie tylko do młodych osób. To publikacja, którą każdy powinien przeczytać, poczynając od nastolatków po staruszków. Seks, jakkolwiek nie przysłanialibyśmy go pierzyną wstydu, konwenansów i wszechobecnej dulszczyzny, jest bardzo ważny, potrzebny i zdrowy. Czy to się komuś podoba, czy nie - jest obecny na różnych etapach naszego życia. W książce wiele jest ciekawostek, cennych uwag o relacjach, o procesach biologicznych, których nawet nie zauważamy, bądź nie rozumiemy, ale podlegamy im w sposób naturalny. A natura, potrafi nam płatać figle, zaskoczyć, rozśmieszyć i zaszokować. Opowieść profesora, to mieszanka wiedzy z rozmaitych dziedzin: neurobiologii, genetyki, psychologii, przyprawiona humorem i przykładami z życia wziętymi.  Wędrówka w czasie i przestrzeni, analizująca zagadnienie seksualności w różnych kontekstach kulturowych oraz obyczajowych, nie brak też frapujących odniesień do świata zwierząt. Całość podana tak lekko i przystępnie, jak miła rozmowa z przyjacielem przy kawie. A wszystko po to, żebyśmy trochę lepiej poznali i zrozumieli samych siebie.


  Ubolewam, że pracę nad książką przerwał wypadek i śmierć profesora, że będzie ostatnią, w której ten niepokorny naukowiec uchyla nam rąbka tajemnic ludzkiej natury, w typowym dla siebie stylu. Zawsze z przyjemnością słuchałam audycji z jego udziałem, czytałam wywiady i publikacje. Był pasjonatem i niestrudzonym popularyzatorem nauki. Mogłabym rzec, choć to ryzykowne określenie współcześnie, że był  intelektualistą celebrytą - ale w absolutnie pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo wychodził do ludzi i wykorzystywał wszelkie kanały medialne, by zarażać swoim entuzjazmem oraz zamiłowaniem do nauki. Uczył nieszablonowego myślenia, nie bał się kontrowersji, ani tematów tabu, pokazywał, że warto mieć otwarty umysł i szukać odpowiedzi na trudne pytania...
Książkę, oczywiście polecam.

piątek, 4 maja 2018




  Mam przyjemność czytać najnowszą, a zarazem ostatnią książkę profesora Vetulaniego. Wszechstronnego naukowca, pasjonata swojej pracy, który jak nikt inny potrafił dzielić się wiedzą w sposób bardzo przystępny i co najważniejsze, niezwykle ciekawy. Publikacja z cyklu „wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać“.
Recenzja już wkrótce, a oto przedsmak.

  



Dlaczego miłość nie istnieje?

Jaki wpływ na płeć dziecka ma... mydło?

Dlaczego każde z nas powinno spełnić swój ewolucyjny obowiązek?

Kiedy najlepiej zacząć się interesować seksem?

Dlaczego mężczyźni są bardziej skłonni do zdrad, a kobiety bywają wybredne?

Któż nie chciałby znać odpowiedzi na te pytania?








niedziela, 8 kwietnia 2018

"Baronówna"
Na tropie Wandy Kronenberg, najgroźniejszej polskiej agentki.
Michał Wójcik
Wydawnictwo Znak literanova
2018


 



  Długo czekała na pożółkłych kartach starych, zapomnianych akt i przekazów, aby jej historia wreszcie została opowiedziana. Ostatecznie, miała dużo szczęścia, a może to autor książki je miał? Bo trafił na wyjątkowo smakowity kąsek i chociaż łatwo nie było, efekt końcowy trzyletniej pracy przekonuje, że było warto. Ale po kolei...

  Michał Wójcik, historyk i dziennikarz, podczas poszukiwania materiałów do publikacji rocznicowej dotyczącej Powstania Warszawskiego, brnąc przez archiwalne zapisy ludzkich losów, dokonał zaskakującego odkrycia - trafił na dziewczynę, która według relacji świadka, miała iść z pejczem na barykadę, jakby była z zupełnie innej rzeczywistości. Czy to zdarzyło się naprawdę? Czy było szaleństwem, czy odwagą? I kim właściwie ona była? Zaintrygowany niezwykłą sceną i samą postacią, zaczął szukać odpowiedzi na te pytania. Przejrzał tony zakurzonych dokumentów, publikacji i akt IPN-u, docierając do fragmentów jej życiorysu, by jak puzzle złożyć je w opowieść, która różnie może być oceniana, ale niewątpliwie robi wrażenie i budzi emocje.

  Wanda Kronenberg pochodziła z kosmopolitycznego, zamożnego domu, matka była Włoszką z brytyjskim paszportem, a ojciec Polakiem o żydowskim pochodzeniu. Wybuch wojny w 1939 roku, zastał ich w Warszawie, rujnując dotychczasowe życie i odbierając część majątku. Co się stało z młodą baronówną? Jej życiowa, popisowa rola, dopiero się rozpoczęła. Woli przetrwania miała pod dostatkiem, pewności siebie i sprytu też jej nie brakowało, za to skrupułów, owszem. Bez problemu odnalazła się w zaistniałej rzeczywistości, przebojowa, młoda kobieta, umiała sobie doskonale radzić, wykorzystując atuty urody i intelektu. Mało tego, okazała się dobrym materiałem na agentkę wywiadu, i to nie jednego. Komu służyła, z kim kolaborowała? Tutaj czytelnik może dostać zawrotu głowy i nie raz przeciera oczy ze zdumienia. Prawdę mówiąc - z kim się dało: Gestapo, AK, NKWD... Momentami trudno się połapać, natomiast jej te roszady wychodziły bezbłędnie. Uwodziła, zdradzała, donosiła, manipulowała, posyłała na śmierć, i co istotne, ale i zaskakujące - sama nie dawała się zabić.

  Trzeba przyznać, że autor wykonał benedyktyńską pracę, a nam, finalnie zaserwował całość w bardzo smacznej formie. Losy Wandy tak się plotą, że niosą czytelnika jak najlepsza powieść, trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji. W jej życiu nudy i banału nie było. To historia, będąca gotowym materiałem na znakomitą, sensacyjną fabułę szpiegowską, o bezwzględnej agentce, niezwykłej kobiecie kameleonie. Trudno oceniać ją jednoznacznie negatywnie, bo prawdziwych motywów jej działań i wielu tajemnic, nie znamy, najpewniej nie poznamy ich nigdy. Jednak nie ma wątpliwości, że była osobą bardzo intrygującą. Czy wyłącznie zepsutą i złą? Z kim grała, przeciw komu i o co? Jak się to wszystko skończyło? Sami się przekonajcie i oceńcie.

niedziela, 25 marca 2018

"TRUPIA FARMA - nowe śledztwa"
Bill Bass, Jon Jefferson
Wydawnictwo Znak literanova
2018

 

 

  Bill Bass, amerykański antropolog sądowy i dziennikarz Jon Jefferson w książce „Trupia farma - nowe śledztwa“, zabierają czytelników w niezwykłą podróż po zakamarkach ludzkiego ciała, mówiąc dokładnie - martwego ciała, a precyzyjniej - kości mają głos. Nie jest to kolejny zawiły kryminał, ani wydumany thriller, to jest coś prawdziwego i czyta się tę publikację z rosnącym zainteresowaniem, w końcu nie od dzisiaj wiadomo, że życie pisze najbardziej zaskakujące, niesamowite wręcz scenariusze. W kolejnych rozdziałach, w przystępnej formie - to niewątpliwie istotny walor, ze swadą i humorem, autorzy snują opowieść o najciekawszych przypadkach z jakimi zetknął się w swojej karierze zawodowej Bass.

  Tytułowa Trupia Farma, t
o Ośrodek Badań Antropologicznych przy Uniwersytecie Tennessee. Na zabezpieczonym terenie, w odpowiednio spreparowanych warunkach, od przeszło trzech dekad trup ściele się gęsto, ale bez obaw - wyłącznie w celach badawczych nad procesem rozkładu ludzkich zwłok. Wnioski z wieloletniej działalności farmy i zgromadzone ogromne bazy danych, stały się istotnym wkładem w rozwój wielu dziedzin, ale przede wszystkim mają ogromny wpływ na postęp nauk sądowych, rozwiązywanie najbardziej skomplikowanych spraw kryminalnych, identyfikację osób zaginionych, ofiar katastrof i kataklizmów. Ośrodek prężnie się rozwija, stale zwiększa swój obszar, gdyż rosnąca sława tego miejsca sprawia, że „chętnych“ ciał przybywa niemal lawinowo, jak żartobliwie stwierdza Bass :

„Ludzie po prostu umierają z niecierpliwości, by trafić na Trupią Farmę“.

  Tajniki antropologii sądowej są fascynujące, współcześni specjaliści osiągają wręcz nieprawdopodobne dla laika rezultaty. Ludzkie szczątki są jak otwarta księga, z której wiele można wyczytać i odkryć rozmaite tajemnice. Trzeba tylko wiedzieć jak odszyfrować te wszystkie znaki, informacje, fragment po fragmencie, kość po kości, by dotrzeć do prawdy, dowiedzieć się kim był zmarły, ile miał lat, skąd pochodził, a nawet kiedy i jak zginął. W przypadku  morderstw, dokładne oględziny mogą ujawnić tropy, które rzucą nowe światło na śledztwo, a w konsekwencji pomogą ująć sprawcę. Z drobiazgów w postaci kilku kości, zębów czy fragmentów czaszki, można zrobić konkretny użytek i to po wielu dziesiątkach, a nawet setkach lat.

  Co podczas identyfikacji pozwala odróżnić bliźnięta jednojajowe? Czy w oparciu o budowę kości łonowych da się określić wiek? Jaką rolę w śledztwie odgrywają muchy plujki? Dlaczego dentysta jest najlepszym przyjacielem techników kryminalistycznych? Jakie sekrety zdradza ukształtowanie czaszki człowieka? Czy spalenie zwłok, to przepis na zbrodnię doskonałą? Na te i wiele innych pytań, znajdziecie odpowiedź sięgając po publikację Bassa i Jeffersona. To, coś nie tylko dla osób interesujących się kryminalistyką, ale dla wszystkich, którzy cenią ciekawe historie, solidną literaturę faktu i mają umysł otwarty na wiedzę. W mojej opinii, wizyta na Trupiej Farmie jest po prostu obowiązkowa.

czwartek, 17 grudnia 2015

"Widok z nieba" Clara Sanchez
Znak literanova
Wyd. 2015






  „Jest ktoś, kto pragnie, żebyś umarła" - wobec takiej przestrogi nikt nie pozostałby obojętny, takie zdanie zapada w pamięć i drąży umysł, nie daje spokoju. Kto? Dlaczego? A może to tylko jakiś koszmarny żart, opowieści szalonej kobiety? Przepowiednia staje się impulsem do obsesyjnych dociekań, a droga do prawdy okazuje się pasmem zaskakujących odkryć. 

  „Widok z nieba" Clary Sanchez to historia dziewczyny, modelki, która, ma wszystko o czym wielu marzy: sławę, pieniądze, karierę, niebanalne, kolorowe życie. Ma też rodzinę i udany związek, wydaje się, że jest szczęśliwa, czerpie satysfakcję z pracy i relacji z bliskimi. Można by pomyśleć, że jej życie jest niemal idealne, po prostu „w czepku urodzona“. Jednak w miarę jak poznajemy ją lepiej, ten obraz się zmienia, detale nabierają ostrości, a to, co wyłania się z kolejnych wątków opowieści, dalekie jest od doskonałości.

  Początkowo Patricia to postać, która, w moim odczuciu, jest w każdym calu ulepiona ze stereotypów o modelkach, powierzchowna, skupiona na swoim wyglądzie, dość infantylna, beztroska, naiwna, wręcz niemądra, do tego stopnia, że niektóre jej przemyślenia budzą uśmiech politowania. Na szczęście, dla czytelnika i siebie samej, z biegiem zdarzeń przechodzi swoistą przemianę, niewątpliwie dojrzewa. Spotkanie z nieznajomą o imieniu Viviana i krótka z nią rozmowa, niespodziewanie burzy porządek, w którym od lat funkcjonuje młoda kobieta, wzbudza w niej niepokój, zmusza do głębszej refleksji, sprawia, że zaczyna przyglądać się sobie i swojemu otoczeniu uważniej niż dotąd. Zaczyna stawiać sobie trudne pytania i szukać na nie odpowiedzi, nawet gdy wnioski, do których dochodzi okazują się bolesne, nie odpuszcza, dzięki temu zaczyna rozumieć coraz więcej i stopniowo dochodzi do prawdy, nie tylko o sobie.

  Powieść splata wątki psychologiczne, obyczajowe i kryminalne, jest dość przewidywalna, ale mimo to z zainteresowaniem śledzi się, owiane mgłą tajemniczej przepowiedni, perypetie bohaterki. Wprawdzie liczne konkluzje, do których dochodzi Patricia, nawet dla średnio uważnego czytelnika są oczywiste znacznie wcześniej, ale nie uznałabym tego za wadę, bo to w pewnym sensie uzmysławia, że z boku, z dystansu widać lepiej. Osoba postronna, niezaangażowana emocjonalnie, często widzi więcej, wyraźniej, łatwiej jest innym wskazywać gdzie popełniają błędy, znacznie trudniej jest w ten sposób spojrzeć i oceniać siebie, swoje życie, postępowanie i relacje z ludźmi. Łatwiej zagłuszać własne lęki, wypierać wątpliwości, szukać alibi dla siebie, wytłumaczeń dla bliskich, przymykać oko, nie analizować, nie drążyć, by przypadkiem nie dotrzeć do sedna. Strona psychologiczna w moim odczuciu jest tu najciekawsza, mimo to „Widok z nieba“ mnie nie zachwycił, być może dlatego, że po laureatce nagrody Premio Planeta 2013 spodziewałam się opowieści, która wbije mnie w fotel i utkwi w głowie na długo, tak się nie stało. Nie urzekł mnie też język, którym posługuje się Sanchez, choć właściwie trudno powiedzieć na ile to wina autorki, a na ile tłumaczenia. Jednocześnie muszę przyznać, że książkę przeczytałam z zainteresowaniem, bo ogółem koncepcja coś w sobie ma, historia wciąga i na pewno jest to przyjemna lektura na kilka wieczorów, poza tym warto przekonać się osobiście, co tak naprawdę odkryła Patricia.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

"Księżyc nad Bretanią" Nina George
Wydawnictwo Otwarte
Wyd. 2015





 Czasem tragiczna decyzja o końcu, może okazać się początkiem czegoś nowego, paradoksalnie o wiele lepszego, niespodziewanego uśmiechu losu. Czasem żeby zacząć żyć naprawdę, trzeba po prostu odejść, od zmysłów, od dawnych przyzwyczajeń, utartych schematów, swoich słabości, ograniczeń oraz ludzi, którzy krzywdzą i ranią, od całej dotychczasowej egzystencji. Marianne tego właśnie chce, porzucić człowieka, z którym dzieli szarą, przygnębiającą codzienność, niezmienną od kilku dekad, w której wśród małych i dużych rozczarowań, wielu przykrości oraz upokorzeń, pogrzebała swoje młodzieńcze marzenia, nadzieje na szczęście i cały apetyt na życie. Po czterdziestu latach nieudanego małżeństwa wie, że niczego już nie zmieni, nie ma siły na walkę, ale nie odchodzi tak po prostu, z walizką, zamykając za sobą drzwi -  Marianne chce umrzeć. Chłodny nurt Sekwany ma być wybawieniem od tego, co od lat ją przytłacza, jeden moment i wreszcie ma być wolna, całkowicie, od wszystkiego. Ale przecież to nie może się tak skończyć, gdzieś, ktoś, pisze już dla niej inny scenariusz...

  „Księżyc nad Bretanią“ to mimo dramatycznego wstępu, w sumie pogodna i optymistyczna opowieść o przewrotności losu i urodzie życia, o tym, że jest ono jedną wielką niewiadomą, nieustającą podróżą z przygodami. Nie przestaje zadziwiać, nawet wtedy, gdy człowiek całkowicie straci nadzieję, że cokolwiek dobrego go jeszcze spotka i nie wierzy, że warto starać się, iść naprzód, podejmować próby, a marzy wyłącznie o tym, by wszystko definitywnie zakończyć, bez żalu, bez oglądania się za siebie. Podczas lektury kołacze się po głowie znany cytat Forresta Gumpa, że „życie jest jak pudełko czekoladek , nigdy nie wiesz, co ci się trafi“, w istocie tak jest, czasem skrzywisz się z niesmakiem, kiedy indziej szczerze i z rozkoszą się uśmiechniesz... Nina George, takie właśnie „czekoladki“ z niespodzianką serwuje swojej bohaterce oraz towarzyszącemu jej czytelnikowi, wiedzie krętymi ścieżkami, podsuwa miejsca, ludzi i okoliczności, które powodują ogromną przemianę Marianne. Dotąd była dla innych, poświęcała się, podporządkowała, nie chciała zbyt wiele dla siebie, jeśli cierpiała to w ciszy, w samotności, tak, aby nikt nie widział, starała się sprostać wymaganiom, za wiele nie mówić, zbyt wiele nie oczekiwać, zupełnie zapominając, że jest ważna, istotne są jej potrzeby, emocje, marzenia, że ma prawo do szczęścia. I właśnie wtedy, gdy postanawia tę niewesołą drogę radykalnie przerwać ginąc jako topielica, okazuje się, że wszystko może być inaczej. Trzeba tylko chcieć, znaleźć w sobie odwagę, zaryzykować, skoczyć na tę „głęboką wodę" i złapać wiatr w żagle, bo nigdy nie jest za późno na zmiany, a nade wszystko warto żyć i korzystać z tego przywileju nie tracąc ani chwili.

 Historia opowiedziana jest potoczystym, pięknym, bardzo plastycznym językiem, co sprawia, że czyta się książkę z przyjemnością, płynnie, wręcz w okamgnieniu. Jest tu wszystko, jest śmiesznie i strasznie, cała masa emocji i wzruszeń oraz wiele miejsca na refleksję. Uniwersalne prawdy, które przewijają się między wersami są niezwykle zgrabnie i celnie ujęte, bez żadnej przesady, zbędnego patosu, czy egzaltacji, po prostu w punkt. To jest moje pierwsze zetknięcie z twórczością Niny George, zatem nie jestem w stanie porównywać tej książki z „Lawendowym pokojem", natomiast z przekonaniem mogę stwierdzić, że było to udane spotkanie ze znakomitą książką. Autorka ma lekkie pióro i szlachetny styl, pisze mądrze, ale bez zadęcia i moralizatorstwa, za to z wdziękiem, dowcipnie, ciekawie i ironicznie. To niewątpliwa sztuka, na kanwie prozaicznej historii zbudować naprawdę sensowną, wartościową powieść, ona ma tę umiejętność doskonale opanowaną, osobiście jestem pod wrażeniem.




wtorek, 31 marca 2015

"W cieniu" A. S. A. Harrison
Wydawnictwo Znak literanova
Wyd. 2015





  Jak to się dzieje? Gdzie jest początek końca? Jak powstaje niewidzialny mur, który dwoje niegdyś bardzo bliskich sobie ludzi zaczyna od siebie odgradzać? Rośnie w siłę niepostrzeżenie, aż pewnego dnia jest tak wielki, że oni niemal się nie widzą, nie słyszą, choć ciągle obok siebie są, trwają, wszystko wygląda zwyczajnie. Wykonują rutynowe czynności automatycznie, instynktownie, bez zaangażowania, są gesty, słowa, dobrze znane codzienne rytuały, z pozoru wszystko jest w porządku, ale to już nie to... Temperatura uczuć będących siłą napędową związku spada do zera, pojawia się za to inny rodzaj napięcia, które ma bezwzględnie destrukcyjną moc. Stopniowo zmienia się optyka, przewidywalność nuży, zalety partnera blakną i nikną z pola widzenia, wady nabierają ostrych barw, drobiazgi dawniej przyjmowane z pobłażliwym uśmiechem zaczynają irytować, zranione uczucia i niewypowiedziane żale uwierają coraz mocniej, gaśnie zaufanie, wzmaga się niechęć i frustracja, rodzi się nienawiść. A potem jest już tylko gorzej, emocje, przez lata tłumione i skrywane za fasadą pozornie udanego pożycia, uładzonych, poprawnych relacji, w końcu muszą znaleźć ujście...

  Todd i Jodi tworzą związek od dwudziestu lat. Są dobrze sytuowani, ona pracuje jako terapeutka, chętnie zajmuje się domem, czasem spotyka z przyjaciółkami, jest spokojną, bardzo uporządkowaną osobą. On natomiast prowadzi własną firmę w branży budowlanej, jest niemal całkowicie pochłonięty pracą, która wydaje się być jego największą pasją i wypełnia mu przeważającą część dnia, czasem spotyka się przy piwie z kumplem, ma też dość kłopotliwe „hobby", mianowicie - zdrady, nie jedna, nie dwie, po prostu notoryczne. Na ten temat ma jasne przekonania: „Monogamia nie jest dla mężczyzn." - tej zasadzie jest wierny i według niej postępuje. A ona? O zdradach wie niemal wszystko, w swojej profesji styka się z tym problemem na co dzień u pacjentów, którym stara się pomagać, ma też osobliwe spojrzenie na własną sytuację:

"Oboje wiedzą, że romansuje. On wie, że ona wie, ale chodzi o to, że pozory, te bardzo ważne pozory muszą zostać zachowane, trzeba stwarzać złudzenie, że wszystko jest w porządku i nie ma żadnych problemów. Dopóki prawda nie zostanie otwarcie zadeklarowana, jego odpowiedzi są wymijające i pełne eufemizmów, dopóty wszystko działa bez zarzutu i na powierzchni panuje spokój, mogą dalej żyć jak zwykle...“

I to jest właściwie kwintesencja tego związku, trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko tu jest udawane: szczęście, miłość, satysfakcja, zaufanie. To parawan, za którym kryje się zupełnie inna, mniej przyjemna rzeczywistość: zranione uczucia, liczne rozczarowania, osamotnienie i nieustannie tłumione, ogromne pokłady gniewu. Nieznośna jest ta gra pozorów, stan zawieszenia w chorej sytuacji, tak jak i oni oboje: Jodi ze swoją dystyngowaną pobłażliwością i stoickim spokojem, przyjmująca wszystko bez mrugnięcia okiem oraz Todd beztrosko i całkowicie bezrefleksyjnie folgujący swoim popędom. Ten układ jest jak tykająca bomba i nie może skończyć się dobrze... Ostatecznie, czy po latach ustępstw i znoszenia upokorzeń,  ona może tak po prostu odpuścić, gdy on chce zburzyć ten misternie tworzony, poukładany świat i odejść do młodszej? Oczywiście - nie, nie zamierza poddać się bez walki.

  „W cieniu“ to nieprawdopodobnie gorzkie spojrzenie na relacje w związku, na to jak z biegiem lat, błędy, zadawane sobie wzajemnie rany i przemilczane żale, kumulują się, aż pewnego dnia osiągają rozmiary tak przytłaczające, że nieuchronnie musi dojść do przesilenia, do jakiejś wielkiej katastrofy. Autorka przedstawia ten proces z chirurgiczną precyzją, krok po kroku, budując napięcie, które udziela się czytelnikowi. Lektura wciąga do świata porażającego kontrastem, niby normalnego, dostatniego, pełnego piękna i luksusu, a tak naprawdę niemożliwie mrocznego i przygnębiającego, podszytego całą gamą negatywnych emocji i szalonej hipokryzji. Harrison stworzyła świetny thriller psychologiczny, ze zdecydowanym naciskiem na warstwę psychologiczną, która naprawdę daje do myślenia. Pochłania się tę historię z niepokojem wypatrując dalszego obrotu spraw, bo jest równie fascynująca, co przerażająca. Lecz wcale nie dlatego, że leje się tam krew czy rozgrywają dantejskie sceny, nic z tych rzeczy, znacznie większe wrażenie robi celnie odmalowany obraz tego, jak w sposób kulturalny i estetyczny, ludzie sami sobie potrafią robić krzywdę, stworzyć piekło na ziemi, w którym pławią się odgrywając swoje perfekcyjne role, przybierając maski i pielęgnując złudzenia. Autorka zaskakuje trafnością obserwacji, jest w tej książce sporo mądrych spostrzeżeń odnoszących się do relacji damsko - męskich i mechanizmów jakie nimi rządzą oraz podejścia do życia, co bardzo cenne jest to przedstawione z dwóch, odmiennych punktów widzenia. Ciekawy jest też wątek wpływu dzieciństwa i rodzinnego domu na ukształtowanie człowieka, skutków jakie te wczesne doświadczenia powodują w dorosłym życiu. Jednak czy aby na pewno wszystko można w ten sposób wyjaśnić i usprawiedliwić? Te i wiele innych dylematów serwuje A.S.A Harrison w powieści „W cieniu“, ja więcej nie zdradzę, za to z czystym sumieniem polecam lekturę.
 

poniedziałek, 23 marca 2015

"Anioł śmierci" Lucia Puenzo
Wydawnictwo Replika
Wyd. 2014





  Dobry thriller musi mieć swojego negatywnego bohatera, który przeraża i intryguje, budzi emocje i działa na wyobraźnię. To musi być ktoś, kogo nie chciałoby się spotkać na swojej drodze nigdy w życiu, co najwyżej na kartach książki. Autor może taką postać stworzyć, wymyślić od początku do końca, ale może też sięgnąć do zasobów najciemniejszych postaci w dziejach ludzkości. A tam urodzaj, pod dostatkiem morderców, dewiantów, wszelkiego typu szaleńców z realną liczbą ofiar na koncie oraz dokonaniami, które przekraczają granice wyobraźni i budzą trwogę. Lucia Puenzo z tej bogatej palety wybrała Josefa Mengele, jednego z najbardziej znanych zbrodniarzy hitlerowskich Niemiec, który zasłynął swoją działalnością w obozie Auschwitz, w okresie drugiej wojny światowej. Jednym skinieniem posyłał dziesiątki ludzi na śmierć, dokonywał bestialskich eksperymentów i praktyk pseudomedycznych, rzeczy, o których nie sposób czytać spokojnie, tak bardzo są szokujące. Zyskał tym sobie przydomek „Anioł Śmierci“, choć określenie - potwór - wydaje się zdecydowanie bardziej trafione. Niestety nigdy nie został osądzony i ukarany.

  Jest rok 1960, Argentyna, przypadkowo poznany niemiecki lekarz, genetyk przyłącza się do rodziny z trójką dzieci, przemierzają razem Patagonię. Oni podróżują by dopełnić sprawy spadkowe, on natomiast jest nazistowskim zbrodniarzem, zmierzającym do bezpiecznej przystani, gdzie będzie mógł się ukryć, jednak o tym jego towarzysze nie mają pojęcia. Mężczyzna wkrada się w ich łaski, zdobywa sympatię i zaufanie. Ogromne zainteresowanie Josefa wzbudzają kaleka dziewczynka Lilith, a także jej matka będąca w bliźniaczej ciąży. Jako lekarz oferuje pomoc, udaje troskę, mami nadzieją skutecznego leczenia, jednak jego intencje wcale nie są tak szlachetne jak deklaruje...

  „Anioł śmierci“ to powieść, która nie pozostawia czytelnika obojętnym, porządnie szarpie nerwy i emocje. Zestawienie ufnych, niczego nieświadomych, bezbronnych ludzi z osobnikiem bezwzględnym, będącym w stanie zrobić wszystko dla swoich szalonych idei, jest poruszające. Atmosfera niepokoju i narastającego zagrożenia jest w tej opowieści ciągle obecna, niemalże namacalna. Wprowadzenie realnej postaci nadaje całej historii ogromnej mocy, bo jakkolwiek fabuła jest wymyślona, to przecież w jakiejś mierze prawdopodobna. Kto wie jak potoczyły się losy Mengele i jak wiele złego - choć na pewno nie na tak wielką skalę jak w czasie wojny - człowiek ten jeszcze mógł uczynić tym, którzy mieli nieszczęście się z nim zetknąć. Trudno uwierzyć, że jego chore fascynacje tak po prostu zniknęły, a okrutny charakter i pogarda dla niedoskonałego istnienia ludzkiego uległy radykalnej zmianie. Tak czy inaczej, zabieg ten autorce udał się znakomicie, przedstawione wydarzenia są bardzo sugestywne i dają do myślenia. Interesujący jest też wątek tego jak sprawnie naziści się ukrywali i jak doskonale radzili sobie w krajach Ameryki Południowej w latach powojennych. Przygnębiająca jest przy tym refleksja, że tak wielu z nich uniknęło odpowiedzialności i wiedli w sumie spokojne życie, na jakie z całą pewnością nie zasługiwali. Jeśli miałabym jakieś zarzuty co do treści, są tam pewne niedopowiedzenia, niewyjaśnione do końca wątki, które pozostawiają niewielki niedosyt, być może było to celowe pozostawienie furtki czytelnikowi, zachęta do snucia domysłów. Jednak co do całości, muszę przyznać - robi wrażenie, jest dobry temat, ciekawie opowiedziany, mroczny klimat i cała masa emocji - takie książki warto czytać, a po lekturze jestem bardzo ciekawa ekranizacji.

piątek, 6 marca 2015

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska
Wydawnictwo Znak literanova
Wyd. 2015







  Wiele jest opisów rewolucyjnych przełomów, epokowych zmian przedstawianych z różnych punktów widzenia, jednak zawsze najciekawsze i najbardziej przejmujące wydaje się ujęcie tematu od strony zwykłych ludzi. Tych, których nurt zdarzeń porywa czy tego chcą, czy nie, dotyka w sposób bezpośredni, odciska piętno na ich codzienności, niejednokrotnie obracając ją w ruinę i pasmo udręk, niszcząc rodziny, plany, marzenia, nawet te najbardziej przyziemne. Zmuszając do stawienia czoła rzeczywistości, radzenia sobie z tym co tu i teraz. A człowiek jak się okazuje, ma olbrzymie zdolności adaptacyjne, wiele jest w stanie udźwignąć, wiele znieść, ale ma też w sobie ogromną tęsknotę za wolnością, czasem stłamszoną, zdeptaną, głęboko skrywaną, jednak ciągle obecną, z której może się zrodzić wewnętrzny bunt, niezgoda na zniewolenie i terror, a wraz z nimi chęć i próba walki o inne, lepsze życie.

  „Dom z witrażem“ to opowieść o czterech pokoleniach kobiet, ich niełatwych wzajemnych relacjach i losie wplecionym w historyczną zawieruchę. Obraz babek, matek, córek, wszystkie noszą w sobie pejzaż dramatycznych doświadczeń, które je ukształtowały i bolesnych wspomnień, które z fragmentów składają się w całość, jak witraż, zdobiący klatkę schodową zamieszkiwanej przez nie kamienicy. Naznaczone utratą krewnych i ciągłym lękiem o to, co przyniesie jutro - czy „oni“ nie przyjdą znów, by skrzywdzić - starają się sprostać sytuacji w jakiej się znalazły. Każda po swojemu próbuje budować swój świat, żyć, kochać, radzić sobie z bólem i osamotnieniem, odnajdywać swoje miejsce w otaczającej je przestrzeni. Jest też sztuka, która gdzieś z boku ciągle im towarzyszy, będąca czymś w rodzaju skrawka wolności, ucieczką od podłych realiów, formą odreagowania, niemal terapii, przynosi ukojenie i radość. Wszystko to dzieje się na Ukrainie, we Lwowie,  mieście którego każdy mur, zaułek, każda kamienica czy pomnik kryje w sobie zapis minionych lat, wart odkrywania i ocalenia, ku pamięci lecz i ku przestrodze. Ślady historii, burzliwej i skomplikowanej obecne są na każdym kroku, a ta opowieść ciągle się toczy i wciąż nie ma szczęśliwego zakończenia...

  Autorka posługuje się nietuzinkowym stylem pisania, operuje bardzo plastycznym, barwnym językiem. Opowiada obrazami, dźwiękami, ożywia tym samym każdy przedmiot, fragment budynku, nadaje im niemal magiczne znaczenie, nawet śmierć jest tu konstrukcją z obrazów. Można odnieść wrażenie, że w ten sposób oswaja tę zgrzebną i brutalną rzeczywistość, czyniąc ją bardziej przyswajalną, łatwiejszą do zniesienia. Jakby widzianą oczami dziecka, które próbuje zrozumieć świat tłumacząc sobie to, co trudne do ogarnięcia i nieprzyjazne, na swój szczególny sposób. A przy tym, wszystko jest bardzo realistyczne, sugestywne, trafia w samo sedno spraw. Okazuje się że wcale nie trzeba dobitnych słów i ostrego języka, aby to co istotne, zostało czytelnie przekazane. Nie jest to lektura, w której akcja pędzi w zawrotnym tempie, a jednak z każdą stroną ten stworzony z impresji i epizodów świat, wciąga i intryguje. Powieść w kontekście dramatycznych wydarzeń toczących się od roku na Ukrainie, zyskuje szczególną wymowę i nabiera mocy, bo rzeczywistość pisze ciąg dalszy. Jednocześnie treść ma też wymiar uniwersalny, potrzeba szeroko pojętej wolności, niepodległości, poczucia bezpieczeństwa, tkwi w człowieku bez względu na to pod jaką szerokością geograficzną przyszło mu żyć, chęć zmian i otwierania się na świat stanowi motywację do działania. Żanna Słoniowska napisała powieść niezwykłą, nie z tych lekkich, łatwych i przyjemnych, natomiast na pewno znaczącą i ciekawą, z tych, które dają do myślenia i nie ulatują z głowy wraz z zamknięciem ostatnich stron, coś ku refleksji.


wtorek, 3 marca 2015

"Upadłe Damy II Rzeczpospolitej" Kamil Janicki
Wydawnictwo Znak
Wyd. 2013



   
  Podczas lektury tej książki ciśnie się na usta cytat z klasyka: „Bo to zła kobieta była“. Kamil Janicki pokusił się o zebranie historii kilku „Upadłych Dam II Rzeczpospolitej“, zbrodniarek, intrygantek, szantażystek, niewiast bezwzględnie i brutalnie - nawet po trupach - dążących do celu. Można rzec śmiało, że włos się jeży, gdy czytelnik zaznajamiania się z ich poczynaniami. Etykieta, normy społeczne, prawo? Nic z tych rzeczy, żadnej z nich nic takiego nie mogło stanąć na drodze, doskonale wiedziały czego chcą i w tym kierunku zmierzały, nie bacząc na konsekwencje.

  Nie mogło w publikacji zabraknąć krótkiej wzmianki o najgłośniejszym wówczas przypadku Rity Gorgonowej, która została skazana za zabójstwo nastoletniej córki swojego konkubenta, sprawa tym bardziej intrygująca, że powraca współcześnie na skutek działań spadkobierczyń, które chcą kobietę zrehabilitować, tak więc niewykluczone, że ciąg dalszy nastąpi. Pojawiła się też panna Maria Lewandowska, szantażystka z Poznania, która pomysłowością i sprytem, także w wodzeniu za nos śledczych, niektórym mogłaby nawet zaimponować. Jest i Zyta Woroniecka, która z pomocą rewolweru rozprawiła się z niewiernym narzeczonym, jest Maria Zajdlowa - dzieciobójczyni i inne. Wszystkie te różnorodne sprawy łączy jedno - skupiały uwagę i rozbudzały emocje tłumów, ale przede wszystkim obnażały rozmaite patologie i moralne zepsucie, skrywane pod płaszczykiem sztywnych zasad i konwenansów.

  Autor wykonał solidną pracę zbierając materiały, przeglądając archiwa, poszukując informacji, zdjęć, dokumentów oraz publikacji prasowych z tamtych lat i wszystko to w książce znakomicie wykorzystał. Całość okraszona jest fotografiami, cytatami, przedrukami pism, rycin czy notatek z gazet. Jednocześnie wszystkie historie są tak skomponowane i spisane w na tyle przystępnej formie, że czyta się je niemal jak prozę kryminalną z wątkiem obyczajowym. Fakt, że podejmowane tematy i ich szczegóły mają oparcie w rzeczywistych wydarzeniach jest tu niewątpliwym walorem. To nie tylko zbiór ciekawych opowieści o kobietach i ich występkach, ale też interesujący obraz społeczeństwa, stosunków międzyludzkich, podszytych hipokryzją i demoralizacją, bogaty zarys tamtych czasów, bardzo istotnych w dziejach Polski. To książka zarówno dla miłośników literatury faktu, jak i dla osób ceniących historie kryminalne oraz po prostu ciekawą, wciągającą lekturę. Nie sposób też nie zauważyć i nie docenić pięknego wydania, tom jest częścią większej serii zatytułowanej „Prawdziwe historie“ i jest to niewątpliwie dopracowane w każdym szczególe cacko. Warto po nie sięgnąć i wybrać się w pasjonującą podróż do II Rzeczpospolitej, by odkryć mroczne oblicze niektórych ówczesnych dam, a przy okazji kilka prawd o tamtych czasach.

poniedziałek, 2 marca 2015

Diane Chamberlain "Milcząca siostra"
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Wyd. 2015
 



  Kłamstwa, małe, duże, te całkiem niewinne i te o większym ciężarze gatunkowym mają ogromną moc i wpływ na ludzkie losy, bywa, że chronią przed niepotrzebnym cierpieniem, ale często ich skutek bywa odwrotny od zamierzonego i bardzo dotkliwie ranią... Te, które opowiadane latami bronią dostępu do rodzinnych tajemnic, są jak pajęcza sieć, która oplata bliskich sobie ludzi i wbrew pozorom wcale ich nie jednoczy, nie umacnia i nie zacieśnia wzajemnych więzi. Przeciwnie, niepostrzeżenie niszczy je i wypacza, powoli, lecz bardzo konsekwentnie burzy wzajemne zaufanie, rodzi frustracje, poczucie krzywdy i zagubienia. Jak w matni trzyma wszystkich w ryzach zafałszowanej rzeczywistości, wbrew rozumowi, pamięci i wszelkim wspomnieniom. Im dłużej to trwa, im więcej łgarstw - choćby najlepszymi intencjami podyktowanych - wpisanych jest w codzienność, tym bardziej bolesnym staje się odkrywanie prawdy, gdy pewnego dnia te delikatne nici zaczynają pękać i odsłaniać zupełnie inny, zaskakujący obraz. Gdy okazuje się, że cały fundament, na którym budowane były wyobrażenia o krewnych, poczucie własnej tożsamości, przynależności, zaczyna się rozpadać, nic już nie jest pewne. Są tylko dziesiątki pytań oraz totalny chaos w głowie i w życiu. Diane Chamberlain zręcznie ten motyw wykorzystała.


  Dwudziestopięcioletnia Riley przyjeżdża do rodzinnego domu w New Bern uporządkować sprawy spadkowe po śmierci swojego ojca. Czuje się przytłoczona i bardzo osamotniona, nie ma już niemal nikogo poza starszym bratem Danny’m, który na skutek wojennych doświadczeń w Iraku cierpi na problemy psychiczne, unika ludzi i żyje w lesie, w niewielkiej przyczepie kempingowej. Kiedyś byli sobie bardzo bliscy, ale teraz trudno im się porozumieć, kontakty z nim są jak stąpanie po polu minowym, nigdy nie wiadomo kiedy nastąpi wybuch. Jakby tego było mało przeglądanie rzeczy ojca otwiera przysłowiową „puszkę Pandory“, kobieta zaczyna zdawać sobie sprawę, że wcale nie znała go tak dobrze jak sądziła, a im dalej brnie, tym więcej niezrozumiałych zagadek odkrywa. Historia rodziny okazuje się zupełnie inna niż jej dotychczasowe wyobrażenia na ten temat. Powraca sprawa Lisy, siostry która wiele lat temu popełniła samobójstwo i nowe okoliczności, stawiające pod znakiem zapytania przebieg zdarzeń z tamtego tragicznego dnia. Czy mogło być inaczej? Dlaczego w ogóle nastolatka postanowiła targnąć się na życie? Dlaczego rodzice kłamali i zataili przed Riley wiele istotnych faktów? Droga do odkrycia prawdy, także o sobie samej, okazuje się bardzo kręta i wyboista...


  Ostatnio wiele książek chwalę, cóż, taka dobra passa i oby trwała jak najdłużej. Diane Chamberlain podbija ten nastrój, „Milcząca siostra“ jak najbardziej zasługuje na wysoką ocenę, spośród kilku dotychczas przeczytanych powieści autorki z całą pewnością tę mogę zaliczyć do jej najlepszych. To historia wielowątkowa, frapująca, kipiąca emocjami, wciągająca już od pierwszych stron, znakomicie wymyślona i opowiedziana. Pisarka po raz kolejny udowodniła, że ma tę sztukę opanowaną do perfekcji. Zręcznie porusza się po tematyce społeczno - obyczajowej, celnie i wiarygodnie odmalowuje obraz poruszanych zagadnień. Powiedziałbym, że to nie jest opowieść jedynie o siostrach, wbrew temu, co sugeruje tytuł, ale o rodzeństwie, bo dla mnie nie ma wątpliwości, że i brat jest tu osobą bardzo ważną. Autorka znakomicie zarysowała wielowymiarowe postaci i relacje pomiędzy nimi, frustracje, zadawnione żale, pomieszane z tęsknotą, potrzebą bliskości i podtrzymywania wzajemnych więzi, które przez lata zostały nadwątlone i wystawione na ciężką próbę przez splot tragicznych zdarzeń oraz ich konsekwencje. Bohaterowie chcąc odnaleźć wyjaśnienie swoich obecnych wątpliwości, muszą zerknąć wstecz do odległej przeszłości. A tam, wcale nie znajdują gotowych, jednoznacznych odpowiedzi, nie ma łatwych rozwiązań, są dylematy i dramatyczne decyzje, które kładą się cieniem na życiu wielu osób, nic nie jest czarno - białe, dzięki czemu czytelnik ma o czym myśleć podczas lektury. Chamberlain zaskakuje, wzrusza, irytuje, serwuje całą paletę wrażeń i emocji, wszystko to i wiele więcej jest w tej historii, ale o tym musicie się przekonać sami. Zdecydowanie polecam.

czwartek, 26 lutego 2015

S.J. Watson „Zanim zasnę“
Wydawnictwo Sonia Draga
Wyd. 2014



  Wyobraź sobie sytuację, gdy budzisz się rano, otwierasz oczy i niczego wokół nie rozpoznajesz, niczego nie pamiętasz, nie masz pojęcia gdzie się znajdujesz ani kim jest człowiek, który leży tuż obok w łóżku, nawet tego kim jesteś, jak się nazywasz i  ile masz lat. Kompletna pustka, czarna dziura, żadnych wspomnień, skojarzeń, wszystko jest obce. W twojej głowie życie zaczyna się od tego poranka, choć odbicie w lustrze wskazuje, że masz za sobą kilka dekad. Wszystko czego możesz się dowiedzieć o sobie i całym swoim dotychczasowym istnieniu, to informacje uzyskane od innych, ale przecież nikogo nie znasz, nie jesteś w stanie zidentyfikować, ani zweryfikować kto jest przyjacielem, a kto wrogiem oraz tego ile prawdy jest w tym co mówią. Musisz zaufać, pytanie  - komu? Do tego bez względu na to jak wiele uda ci się zrozumieć i dowiedzieć w ciągu całego dnia, z chwilą gdy zaśniesz, cały obraz pryśnie jak bańka mydlana i jutro obudzisz się znów w całkowitej nieświadomości i niepamięci nie tylko tego, co działo się rok, miesiąc temu, ale nawet poprzedniego dnia... zaczynając ponownie od pytania „Kim jestem?“.

  Pachnie koszmarem, a to właśnie rzeczywistość bohaterki powieści „Zanim zasnę“. Christine Lucas przed laty uległa wypadkowi, który spowodował u niej utratę pamięci i zdolności zapamiętywania. Każdy jej dzień to walka o odzyskanie własnej tożsamości, budowanej
ze strzępków opowieści, zdjęć oraz dokumentów. W tych zmaganiach towarzyszy jej mąż, cierpliwie tłumaczący wszystko od nowa oraz lekarz, z którym Christine spotyka się w tajemnicy. Za jego namową zaczyna prowadzić pamiętnik,  dzięki któremu może ocalić ulatującą z jej głowy każdej nocy, wiedzę o sobie. W miarę postępowania terapii u kobiety pojawiają się przebłyski wspomnień o osobach i zdarzeniach, mglisty zarys przeszłości, który stoi w sprzeczności z tym, co dzień po dniu opowiada jej Ben. Wiele wskazuje na to, że najbliższy człowiek, od którego jest całkowicie zależna nie mówi jej prawdy, ukrywa pewne bardzo istotne fakty z ich wspólnego życia, manipuluje, a to tylko początek przerażających odkryć...

  S.J.Watson stworzył znakomity thriller psychologiczny, książka naprawdę wbija w fotel i przyprawia o dreszcz emocji, czyli robi dokładnie to, co ja osobiście lubię najbardziej. Niby spokojna opowieść, a niemal namacalne jest napięcie wzrastające wraz z obrotem zdarzeń, sugestywnie budowana fabuła i atmosfera zagrożenia działają na wyobraźnię. Amnezja, stan w którym człowiek niczego nie może być pewien, brakuje mu elementarnego poczucia bezpieczeństwa, zakotwiczenia w rzeczywistości. Jednocześnie musi walczyć o odzyskanie normalnego życia i poznanie prawdy o sobie, będąc zdanym na ludzi, których intencji nie jest w stanie prawidłowo ocenić, przynajmniej dopóki nie zacznie sobie czegoś przypominać... tymczasem wszystko się może zdarzyć. Watson te możliwości wykorzystał i znakomicie zarysował dramat bohaterki. Niewątpliwie wybrał sobie temat z dużym potencjałem, a przy tym oddać mu trzeba, że świetnie go rozwinął i opowiedział. Czyta się z przyjemnością, oczywiście polecam.